księga gości
sobota, 02 stycznia 2010
Jeszcze jeden Nowy Rok Zenona

Sobota, pierwszy dzień Nowego Roku, była ciepła i słoneczna, a świeży śnieg skrzył się, skrywając zużycie powłoki świata. Według Zenona była to pogoda wręcz idealna. Idealna nie tylko sama w sobie, ale i na pierwszy dzień zaczynającego się roku, który – tak sobie w duchu życzył Zenon – miał być dniem modelowym dla każdego z następnych 364. Była to pogoda idealna także do wspominek, bo zawsze przywodziła Zenonowi na myśl zimowe wyjazdy z dziadkami w góry. Górskie drogi były ośnieżone, wzdłuż nich pięły się wysokie smreki, słońce i mróz kolorowały małą Zenonową buzię na żywo czerwony kolor. Dziadek ciągnął małego Zenona na sankach, a babcia od czasu do czasu zarządzała postój, na którym wyjmowała z plecaka termos, częstowała wszystkich po kolei gorącą herbatą i sezamkami. Zenonowi wydawało się, że wszystkie niezliczone zimy swojego dzieciństwa spędził z dziadkami w górach i że zawsze było dokładnie tak: słońce, śnieg, dziadek ciągnący sanki i babcia z termosem. Zamrożone wspomnienia przechowywał w pamięci jak najcenniejszy skarb. Był to świat idealny, który słoneczne, zimowe dni zawsze wywoływały z pamięci oraz świat, do którego chował się w okresach gorszego nastroju.

Z górskich wypraw z dziadkami powstały niezliczone zdjęcia i materiały filmowe, kręcone domową kamerą cyfrową. Każdego z zimowych dni pięknych i  słonecznych oraz każdego dnia, kiedy potrzebował schronienia we wspomnieniach z dzieciństwa, Zenon głośno przeklinał wszystkie technologie cyfrowe. Zarejestrowany w dzieciństwie obraz jego świata idealnego nigdy nie został przeniesiony na papier fotograficzny i nigdy nie zmaterializowano w żaden sposób nagrywanych filmów. Materiały cyfrowe były odtwarzane głównie w komputerze,  bo technologia cyfrowa miała raz na zawsze wyprzeć papier i celuloid. Kiedy Zeon miał lat dwadzieścia osiem i zaczął interesować się materiałami archiwalnymi, dotrała do niego  smutna rzeczywistość: wszystkie zdjęcia i filmy z dzieciństwa, na których spodziewał się zobaczyć siebie roześmianego i szczęśliwego, znajdowały się na jednej karcie pamięci. Cały świat Zenonowego dzieciństwa mieścił się w jednym małym pudełeczku w czarnej oprawie, z jedną dziurką nieznanego już wówczas rodzaju gniazda.

Technologia cyfrowa faktycznie wyparła papier, a kiedy dokonała już dzieła swego zniszczenia, z rozpędu zaczęła konsumować samą siebie. Rewolucja cyfrowa powieliła schemat każdej poprzedniej rewolucji rozpoczętej przez człowieka i żądzącej się własnymi prawami. Nikt nie był w stanie zahamować rozpędzonej machiny zmian, która wykończywszy stary porządek, wykańczała tych, którzy nakręcili rewolucję i dalej – swój pierwotny dorobek. Schemat szaleństwa, który znany był od wieków musiał wypalić się sam. Narazie coraz to nowsze technologie cyfrowe oferowały rozwiązania szybsze, doskonalsze graficznie, pojemniejsze jeśli chodzi o pamięć, a producenci i specjaliści od sprzedaży przekonywali nabywców, że wszystko to powoduje, że nowe jest lepsze. Stare starzało się coraz szybciej, a nowe nigdy nie było już najnowsze. Czarne pudełeczko Zenona nie dało się już podłączyć do niczego, bo czytniki tego rodzaju pamięci zewnętrznej dawno odeszły do lamusa, wciągając za sobą dowody istnienia beztroskiego świata dzieciństwa Zenona jak czarna dziura.

W taką pogodę, pierwszego dnia Nowego Roku, po drodze do domu z Sylwestra spędzonego w pubie wśród nieznajomych, Zenon przypatrywał się pobojowisku po fajerwerkach. Robił to zawsze tego dnia, od tak dawna, że nie byłby w stanie powiedzieć, kiedy po raz pierwszy. Kiedy po raz pierwszy schylił się po listewkę od wystrzelonych sztucznych ogni, porzuconą po nocnej zabawie. Były ich zawsze stosy i było w nich coś magicznego. Dawniej Zenon z listewek po fajerwerkach konstruował latawce. Na skrzyżowane listewki przyklejał pergaminowy papier, a następnie zraszał go wodą, żeby się porządnie napiął. Latawce były jak znalazł na wiosnę i lato i nikt na podwórku nie miał tak imponującej kolekcji i tak bajecznych konstrukcji jak Zenon. Listewek wystarczało także zazwyczaj do zmontowania lekkiej konstrukcji do podtrzymywania bluszcza mamy, a tacie nadawały się idealnie do mieszania farby do malowania poszczególnych części mieszkania. Tata mieszkanie malował fragmentami – co roku inny pokój i co roku nieco inną farbą, bo choć kupił jej dużo dawno temu, farba stała w komórce i starzała się, co roku nieco  zmieniając kolor.

Wszystkie te wspomnienia wywoływały w Zenonie stan swoistej błogości, kiedy po południu pierwszego dnia Nowego Roku siadywał ze szklaneczką whisky, zebranymi na podwórku listewkami i czarną skrzyneczką nieodtwarzalnej pamięci cyfrowej. Byłby oglądał zdjęcia z dzieciństwa i byłby zasiadał do łączenia listewek w konstrukcję latawca. Gdyby było z kim i jak je oglądać. Gdyby było z kim go budować i puszczać.

piątek, 10 lipca 2009
Doktor Podsiadek i fotokopiowanie

Doktor Podsiadek uwielbiał fotokopiować. Ze wszystkich prac na uczelni tę lubił najbardziej. Kiedyś, tylko jeden raz, widział, jak młody mężczyzna w kolorowym kombinezonie pana z serwisu, napełniał automat z Coca-Colą. Obserwował go dłuższy czas, wodząc wzrokiem za jego szybkimi i wypracowanymi ruchami. Młody człowiek automatycznie przemieszczał dłonie między kontenerem z napojami a maszyną, pogwizdując przy tym coś skocznego. Ekonomika jego ruchów zahipnotyzowała Doktora Podsiadka – stał nad młodym mężczyzną w kolorowym kombinezonie dłuższy czas. Stał z grzywką lekko spadającą na oczy, w letniej koszuli z krótkim rękawem i pod krawatem. Jak zawsze, kiedy zaczynało się robić ciepło. Stał i patrzył się intensywnie, bezpośrednio, przez duże, druciane okulary, których nie zmieniał od lat. Aż do chwili, gdy człowiek od automatu skończył ładowanie Coca-Coli, zamknął maszynę, odwrócił się, uśmiechnął do Doktora Podsiadka najwyraźniej zadowolony z towarzystwa i uczynił dłonią ruch w kierunku czapeczki baseballowej, jakby salutował. Potem odszedł. Doktor Podsiadek ruszył przed siebie chwilę później. Wtedy właśnie, z pierwszym krokiem, pomyślał, że mógłby karmić maszynę Coca-Colą, gdyby tylko praca ta nie była hierarchizowana niżej niż pełnomocnikowanie ds. ECTS.

Fotokopiowanie było dla Doktora Podsiadka pochodną napełniania automatu z napojami i nie wymagało rezygnacji z prestiżu i splendoru stanowiska. Równie mechaniczne i dające natychmiastowe rezultaty. To Doktorowi Podsiadkowi imponowało. Chciał, żeby wszystko co robi, działało podobnie – niewiele wysiłku i maksimum wyników.

Dlatego z niecierpliwością czekał na koniec roku akademickiego, a właściwie na każdą sesję. Wtedy w sposób uzasadniony, udając, że w nieskończoność kopiuje testy egzaminów, mógł korzystać z fotokopiarki do woli. “Do woli” oznaczało w jego przypadku ten moment, kiedy dyrektor administracyjny wprowadził kody. Zaniepokojony zużyciem papieru i tonera, nie dowierzał tempu, do jakiego pracownicy wydziału, na którym zatrudniony był i Doktor Podsiadek byli w stanie produkować reprodukcje. Każdy pracownik naukowy uczelni otrzymał więc indywidualny kod pozwalający na kopiowanie i jednocześnie rejestrowanie liczby odbitek. Ta innowacja początkowo zmartwiła Doktora Podsiadka, ale z czasem zorientował się, że pracownikom przypisano kody na podstawie numerów pokojów, które zajmowali. Jeśli numer pokoju był 213, to pracownicy otrzymywali numery do fotokopiarki rozpoczynające się od 213 i uzupełnione przez liczby kolejne, aż do wyczerpania liczby osób korzystających z tego pokoju. Odkrywszy wytrych do kodów, Doktor Podsiadek, choć nigdy by się do tego nie przyznał absolutnie przed nikim, pozwalał sobie na korzystanie z całej gamy kodów. Kopiował na konto wszystkich. Bardzo zależało mu, by jego uzależnienie od fotokopiarki nie wydało się przed władzami uczelni.

Do pomieszczenia z fotokopiarką Doktor Podsiadek chodził wczesnym rankiem lub późnym popołudniem, kiedy prawdopodobieństwo spotkania przy maszynie  kogokolwiek było niewielkie. Doktor Podsiadek wyznawał zasadę “dmuchać na zimne”, obawiając się, że w razie odkrycia jego słabości, mógłby zostać publicznie napiętnowany, a w najgorszym wypadku – całkowicie pozbawiony dostępu do fotokopiarki. Doktor Podsiadek nie wiedział i nie mógł wiedzieć, ponieważ przywiązywał za mało uwagi do innych osób, że każdy bez wyjątku pracownik uczelni miał “trupa w szafie”. Każdy bez wyjątku miał słabość, której upust dawał w miejscu zatrudnienia. Wszyscy bowiem po prostu byli ludźmi i każdy skrywał niedoskonałości swojej osobowości równie pieczołowicie i lękliwie, co sam Doktor Podsiadek.

Jak zawsze, Doktor Podsiadek zbliżał się do pokoju z fotokopiarką ostrożnie, krokiem na pozór niestarannym, ale w gruncie rzeczy wystudiowanym. Kroki stawiał małe, każdorazowo przekręcając całe ciało a to w prawo, a to w lewo, uderzając plikiem na pozór od niechcenia trzymanych papierów o środek wnętrza dłoni. Kiwał się przy tym powoli góra-dół i przód-tył, co w zamiarze podkreślić miało przypadkowość jego obecności w tym miejscu i brak celowości przechadzki. Wydymał też usta i marszczył brwi, jakby doglądał stopnia czystości na bezludnym korytarzu. Faktycznie jednak cały czas bacznie rozglądał się na wszystkie strony wypatrując potencjalnych zagrożeń. Nie chciał być widziany.

Nie trzeba by być zawodowym szpiegiem, żeby szybko dojść do przekonania, że Doktor Podsiadek miał coś do ukrycia, ale też Doktor Podsiadek posiadł niewiarygodną wręcz zdolność unikania jakiegokolwiek towarzystwa w momencie wykonywania rytuału zbliżania się do pokoju z fotokopiarką.

Pomieszczenie, w którym stała fotokopiarka, Doktor Podsiadek otwierał jednym zdecydowanym ruchem. Wchodził do niego szybko i stawał tuż za progiem. Czekał aż drzwi zamknęły się za nim ze średnio głośnym trzaskiem. Dopiero wówczas po omacku sięgał do włącznika światła i zapalał je. Robił jeden krok do przodu i będą już przy maszynie wstukiwał jeden ze znanych mu kodów. Jeśli był to kod nieswój, uśmiechał się przy tym na ułamek sekundy ironicznie. Nie, żeby miał coś przeciw osobie, której kodu właśnie używał, ale po prostu dla satysfakcji przechytrzenia systemu. Przechytrzenia życia.

Pokój z fotokopiarką był niewielki. Mieściła się w nim maszyna, jeden człowiek, malutki stolik i kosz na śmieci. Wentylacja była słaba, a przy zapotrzebowaniu na kopie, jakie posiadał Doktor Podsiadek maszyna nagrzewała się i pomieszczenie w szybkim tempie. Jedynie uchylenie drzwi pomagało oddychać, jednak mechanizm ich automatycznego zamykania wyregulowany był tak precyzyjnie, że po maksymalnym otworzeniu, do środka zdążył wejść jeden dorosły człowiek i drzwi zamykały się za nim z tym samym średnio głośnym trzaskiem, na które czekał Doktor Podsiadek po uczynieniu jednego kroku ku wnętrzu.

Doktor Podsiadek miał podzielone uczucia odnośnie samozatrzaskujących się drzwi. Z jednej strony mechanizm ten pomagał mu w zachowaniu incognito, a fotokopiowanie znacznie chętniej wykonywał za zamkniętymi drzwiami. Z drugiej jednak strony brak świeżego powietrza po częstokroć motywował do uchylania drzwi. Pomimo tej strukturalnej niedoskonałości pomieszczenia z fotokopiarką, nie było w nim nic, czym można by było zastawić uchylone drzwi. Doktor Podsiadek był więc co i rusz zmuszany do pchania ich, by otworzyły się na całą szerokość i powoli opadały ku zamknięciu. Jednak żeby nie wykonywały swojego średnio głośnego, suchego trzasku, łapał je tuż przed zamknięciem i ponownie pchał ku otwarciu na pełną szerokość, z której to pozycji one ponownie spokojnie acz stanowczo opadały. W trakcie opadania drzwi Doktor Podsiadek przekręcał stronę kopiowanej książki lub zmieniał oryginał kopiowanego dokumentu. W czasie licznych wypraw do fotokopiarki, Doktor Podsiadek doszedł do pełnej automatyzacji tych czynności, co napawało go dumą. Dumą skrywaną tylko i wyłącznie ze względu na wyimaginowaną potrzebę skrywania zamiłowania do fotokopiowania jako takiego. Perfekcja i ekonomika ruchów była – według Doktor Podsiadka – po pozazdroszczenia nawet przez młodego człowieka napełniającego automat Coca-Colą: nacisnąć przycisk “strat” fotokopiarki, prawą nogą pchnąć drzwi, otworzyć klapę fotokopiarki, podnieść książkę, odwrócić stronę, nacisnąć „start”, prawą nogą złapać opadające drzwi, energicznie popchnąć nogą drzwi, otworzyć klapę do fotokopiarki, podnieść książkę, przewrócić stronę… Doktor Podsiadek mógłby wykonywać te czynności z zamkniętymi oczami. Często zresztą tak robił. Tuż przed zaśnięciem.

wtorek, 31 marca 2009
Doktor Podsiadek i wiosenne porządki

Doktor Podsiadek pracował w ogródku raz na rok. Był to zasadniczo ogródek jego żony, podobnie jak i dom, który stał na działce, której znaczna część była ogródkiem, która również należała do rodziny żony. Nie dlatego jednak Doktor Podsiadek nie udzielał się w ogródku. Jego brak zainteresowania wynikał raczej z wykreowanego braku czasu. Przebywanie na uczelni pochłaniało większość jego dni – jeden po drugim. Doktor Podsiadek był zajęty i to pracą ważną.

Ten jeden raz w roku, kiedy sam z siebie, nieproszony, wkładał znoszoną, grubą koszulę i gumiaki, uczestniczył w wiosennych porządkach. Działo się to zawsze w sobotę na tydzień przed zmianą czasu na letni. Doktor Podsiadek lubił, kiedy tak się szczęśliwie składało, że soboty tej pogoda dopisywała i przebywanie na zewnątrz nie było szczególnie uciążliwe, ale nie był to warunek konieczny. Kiedy jednego z pierwszych dni w roku wypełniał nowy kalendarz regularnymi datami, porządkowanie ogródka wpisywał jako jedną z pierwszych rzeczy.

Tej soboty ponownie wdział gumiaki, które jednoznacznie kojarzył z pracami polowymi oraz starą koszulę w kratę. Koszuli tej nigdy nie zapinał. Wyjął z garażu elastyczne grabie do zgrzebywania liści z trawnika i ruszył do pracy. Doktor Podsiadek nie zastanawiał się nad tym nigdy, ale w duchu był wdzięczy, że trawnik przy ich domu nie jest duży. Zgrabienie przeoczonych jesienią liści oraz tych, które opadły z drzew w międzyczasie zajmowało mu dwie godziny z przerwami. Przerwy były konieczne dla rozprostowania kości oraz popatrzenia na podwórka sąsiadów. Zawsze, kiedy w dzień wyznaczony przez Doktora Podsiadaka na grabienie, jeśli tylko pogoda dopisywała, wszyscy okoliczni sąsiedzi krzątali się po swoich trawnikach i robili to samo co Doktor Podsiadek: a to grabili, a to palili co zagrabili, a to mieli przerwę. W przerwach wszyscy oddawali się grzecznościowym konwersacjom.

To z nich Doktor Podsiadek dowieddział się, że najprawdopodobniej palenie liści jeszcze jest zabronione. Właściwie nie liści, ale ognisk i w ogóle jakiegokolwiek ognia, ale Doktor Podsiadek rozciągnął definicję także na liście. Nieświadomie. W jednej z pierwszych przerw stał więc nad podpalonymi, zgrabionymi wcześniej liśćmi i zdumiony odnotował, że nie palą się otwartym ogniem.

W czasie, kiedy robił przerwę przy paleniu liści, liście paliły się dalej, a chodnikiem nadchodził powolnym krokiem, z teczką pod ręką, komendant straży pożarnej w odświętnym mundurze. Znali się z widzenia, więc Doktor Podsiadek oparty o szpadel, nadzorując swoje bardzo dymiące liście, z duszą na ramieniu ale z niewzruszonym wyrazem twarzy, który przychodził mu naturalnie, obawiając się, że jednak faktycznie palenie ognisk i liści jest zabronione, rzekł powoli:
- Dzień dobry, Panie Komendancie.
- Dzień dobry, Panie Podsiadek. Uszanowanie – odrzekł Komendant powoli, kurtuazyjnie skinąwszy głową.

Nie zwalniając specjalnie i tak nieśpiesznego kroku, Komendant poszedł dalej.

Doktor Podsiadek wypuścił powietrze, co do którego nie zdawał sobie sprawy, że je wstrzymuje, ponieważ nigdy nie pozwoliłby sobie na starch z powodu kogokolwiek. Byłoby to nieadekwatne do zajmowanej na uczelni pozycji. Przede wszystkim dlatego właśnie tak dużo spędzał na niej czasu – pozycja zawodowa i struktura miejsca pracy gwarantowała stabilność materialną i emocjonalną.

poniedziałek, 23 lutego 2009
Doktor Podsiadek przegląda notatki

Doktor Podsiadek wyszedł z wykładu ostatni. Zdarzyło się tak głównie dlatego, że był to jego własny wykład. Gdyby nie to, wyszedłby prawdopodobnie wcześniej. Naturalnie przyszło mu do głowy już przedtem, czy by nie opuścić własnych zajęć przed końcem, w przypadku, kiedy byłby ich jedynym uczestnikiem. Nie wypadało jednak. Byłoby niezręcznie spotkać na korytarzu Dziekana lub Rektor i czerwienić się albo ukrywać za filarem. Byłoby jeszcze niezręczniej stawiać ich – swoich kolegów – w podobnie trudnej sytuacji, w której z racji urzędu musieliby zareagować, choć przecież sami z pewnością nie jeden raz mieli ogromną ochotę opuścić własny wykład. Podstawy przyzwoitości i dbanie o higienę środowiska pracy powodowały, że nikt nie wychodził z własnych wykładów wcześniej niż pół godziny przed końcem.

Te same podstawy przyzwoitości powodowały też, że wszyscy wykładowcy skłonni byli pójść na rękę studentom i rozpoczynać nie mniej niż kwadrans po urzędowo wyznaczonej godzinie. Nawet niepytani wyjaśniali, że przecież niektórzy studenci dojeżdżają na uczelnię z daleka. Dzięki tak daleko posuniętym kompromisom, uczelnia funkcjonowała świetnie i nikt się nie uskarżał.

Doktor Podsiadek nie mógł więc opuścić auli wcześniej niż pół godziny przed końcem wykładu, choć był w niej ostatni już od dobrych dwudziestu minut. Kiedy wyszła ostatnia – oprócz niego – osoba, w ciszy odprowadzał ją wzrokiem, aż drzwi samoczynnie zatrzasnęły się z cichym “fffuuuu”. Podziwiał to “fffuuuu”, które słyszał po kilka razy na dzień. W każdej z sal, w których prowadził zajęcia, “fffuuuuu” było nastrojone na trochę inną nutę, ale wszystkie niezawodnie nie przekraczały nieznośnych 15 decybeli, które zakłóciłyby przebieg zajęć. Nie zakłócały. Także dlatego, że Doktor Podsiadek zaniemawiał na czas zamykania drzwi. Fascynowały go mechanizmy spowalniaczy, o których wcześniej nie wiedział, że istniały i mogły dostarczyć tyle rozrywki.

Ostatni student opuszczający salę – dwadzieścia minut przed ostatnim pół godziny wykładu – postawił Doktora Podsiadka przed trudnym wyborem. Doktor Podsiadek nigdy nie zadawał sobie pytania, dlaczego studenci wychodzą. Nie zadawał sobie żadnych pytań związanych ze studentami, a zadawanie pytań o motywy postępowania w ogóle nie leżało w jego naturze. Nie przypuszczał więc, że przyczyna niskiej frekwencji i wczesnego opuszczania zajęć może tkwić w materiale, jaki wykładał lub w sposobie, w jaki to robił. Albo zgoła w jednym i drugim. Wybór, jakiego teraz musiał dokonać, to czy ma mówić dalej, czy już tylko siedzieć i doczekać do godziny, kiedy nie będzie już niewypadało wyjść.

Siedząc i dumając, Doktor Podsiadek porządkował kawałki papieru, na których przez lata robił notatki do wykładu. Najstarsze były pisane odręcznie, na kratkowanym papierze kancelaryjnym, sporządzone piórem linijka pod linijką. Papier kancelaryjny jako jedyny dostępny był bez ograniczeń, a każdy arkusz posiadał czerwoną pieczątkę nieistniejącego już dziś ministerstwa, w którym wówczas Doktor Podsiadek był zatrudniony. Doktor Podsiadek nadal miał stos kratkowanego papieru z czerwoną pieczątką. Na wszelki wypadek, który od czasu rozwiązania ministerstwa nie nastąpił ani razu.

Notatki młodsze sporządzone były na maszynie do pisania, na cienkim i kiedyś białym papierze maszynowym. Choć papier bardzo już pożółkł, a rogi kartek pozaginały się pomimo, że były przechowywane w papierowej teczce wiązanej na tasiemkę, Doktor Podsiadek głęboko wierzył w ich treść. Pochodziły z okresu, kiedy żona Doktora Podsiadka – wówczas początkującego naukowca – z chęcią i zapałem przepisywała odręczne notatki męża, zaokrąglając zdania i niwelując zgrzyty składniowe.

Trzeci rodzaj notatek stanowiły odręczne schematy i półsłówka skreślone na prędce na całkiem białych kartkach formatu A4. Stanowiły powiew świeżości w zbiorze wszystkich kartek z treścią wykładów. Były nieskazitelnie czyste i niepogięte. Te stosunkowo nieliczne kartki zawierały notatki sporządzone już po tym, jak żona Doktora Podsiadka poinformowała go, że dłużej przepisywać prac jego nie będzie. Zbyt ją nudziły. Od tego czasu archiwum Doktora Podsiadka znacznie podupadło, a rzutem na taśmę Doktor Podsiadek przeprowadził swoje notatki z teczki, w której żona poukładała je datami, do segregatora, w którym każdy tydzień miał swoją plastikową koszulkę. Doktor Podsiadek był bardzo zadowolony z odkrycia użyteczności segregatora, który od tego czasu nosił zawsze przy sobie.

Patrząc na kartki z zapiskami, bardzo się dziwił trzeciemu rodzajowi. Robił tak zawsze, gdy miał chwilę czasu. Notatki skreślone na czystych kartkach papieru, odręcznie i stosunkowo niedawno, zupełnie niewiele mu mówiły. Były to złote myśli, które przychodziły mu do głowy nagle i na tak krótko, że nie miał czasu dokładnie zdać sobie sprawy z logiki argumentu lub streszczenia lektur, które wybierał trochę na chybił-trafił. Choć dumny był z dowodu na to, że wciąż uzupełnia wiedzę, faktycznie wolał jednak korzystać ze starych wiadomości, które przeszły chrzest bojowy dawno temu, a język przekazu został doprowadzony do perfekcji przez żonę, kiedy jeszcze miała zapał i inwestowała go w jego karierę.

Zbierając luźne kartki papieru z zapisem wiadomości, które miał przekazać grupie nieobecnych jednakowoż studentów, Doktor Podsiadek dobrnął do końca dwudziestu minut dzielących go uprzednio od czasu, w którym wypadało opuścić salę. Zdjął duże, druciane, srebrne okulary i znacznie przez to pomniejszonymi oczami spojrzał na szkła. Nie były brudne, ale Doktor Podsiadek lubił je czyścić i nosił w neseserze specjalną szmatkę. Przetarł nią nieśpiesznie najpierw lewe, potem prawe szkło, a następnie ponownie umieścił okulary na nosie. Przez czyste okulary upewnił się, że naprawdę nikogo nie ma w auli, po czym powrócił notatki na ich miejsce w segregatorze. Starannie złożył szmatkę i umieścił ją w odpowiedniej przegródce, po czym wstał odsuwając krzesło kolanami, zapiął guzik granatowej marynarki i oparł się złożonymi w pięści dłońmi o stół. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie była to poza złowróżebna. Doktor Podsiadek przybrał ją zupełnie machinalnie. Nie oznaczała nic poza definitywnym początkiem końca wykładu. Chrumknął głośno, po czym sięgnął po neseser i ruszył do drzwi. Stojąc w progu sali wykładowej zrobił krok do przodu, puścił drzwi, zmróżył oczy i czekał. Drzwi zrobiły charakterystyczne „fffuuuu” i dopiero potem Doktor Podsiadek ruszył przed siebie pustym, szerokim korytarzem.

poniedziałek, 13 października 2008
Z życia Doktora Podsiadka: e-mail

Krótkim „uhum” skwitował Doktor Podsiadek powiadomienie o założeniu mu konta e-mailowego na serwerze uczelni. Kiedy Administrator Sieci osobiście pofatygował się, by mu o tym powiedzieć, przyjął go u siebie w gabinecie, wpatrując się w mało znaną mu twarz powoli i z powagą. „Uhum” też było powolne i poważne, ciche i niedźwięczne, bo Doktor Podsiadek rozpoznał wagę informacji oraz to, że prawdopodobnie jego spokojna egzystencja w uczelnianej rutynie zmieni się. Patrząc na gościa, starał się odgadnąć, czy bardzo i co to właściwie dla niego oznacza.

Patrzył się niemo, nie mrugając nawet dużymi, jasnobrązowymi oczami, co zdarzało mu się tylko w przypadkach zaskoczenia i koncentracji. Twarz jego mogła sprawiać wrażenie, jakby przybrała wyraz spokoju czy łagodności, ale kto znał Doktora Podsiadka dobrze, wiedział, że jest to oznaka napięcia i skupienia. Podczas gdy Doktor Podsiadek siedział niemo i nieruchomo, jego dłonie, oparte o blat dużego, ciemnego stołu, powoli i metodycznie obracały czarny długopis. Długopis do podpisywania pism.

- Pana konto internetowe, panie doktorze, zostało w tej chwili wyczyszczone z korespondencji. Przyszedłem przedyskutować tę kwestię osobiście, ponieważ od roku nie zauważyliśmy żadnego logowania do pana poczty – mówił Administrator bardzo powoli.
- Ja wiem, państwo macie bardzo dużo obowiązków – kontynuował upewniwszy się, że jest słuchany i przekonawszy się o tym faktem, że Doktor Podsiadek nawiązywał kontakt wzrokowy - i często czasu nie wystarcza na sprawy techniczne, jednak Rektor nalegała, bym naświetlił panu sytuację. Zasadniczo, od jakiegoś czasu staramy się przerzucić komunikację ze studentami na tryby wirtualne, co wydaje się i szybsze i skuteczniejsze.

Ciągu dalszego wypowiedzi Administratora Sieci Doktor Podsiadek dobrze nie słyszał, ponieważ zbyt intensywnie starał się sobie wyobrazić, jak to będzie z tym e-mailem. Oderwał od obracanego w palcach długopisu jedną dłoń i bez pośpiechu sięgnął nią do grzywki. Przyklepał ją do głowy gestem machinalnym, jakby obawiając się, że grzywka może spaść mu niżej na czoło i przesłonić oczy, czego jednak nigdy nie robiła. Fryzura Doktora Podsiadka była bardzo zdyscyplinowana, a że nie zmieniał jej od niepamiętnych czasów, każdy jego włos znał swoje miejsce. Gest przyklepania z lekkim zaczesaniem do tyłu był jednak wyrazem zaniepokojenia, które nie zawsze Doktorowi Podsiadkowi udało się ukryć.

Intensywne patrzenie odprowadziło Administratora Sieci do drzwi gabinetu i dopiero po chwili odkąd zamknęły się za gościem, Doktor Podsiadek otrząsnął się, odłożył długopis i powoli wstał. Postanowił, że dalszą część obowiązków może podjąć dopiero po wizycie w Klubie Profesorskim. Dopiero kiedy oparty o blat swojego dużego stołu podejmował tę decyzję, zobaczył pozostawioną mu przez gościa kartkę papieru formatu A4. Leżała przed nim, pokryta dosyć drobnym pismem, zawierając także coś na kształt wzorów matematycznych. Nie były to jednak wzory – Doktor Podsiadek podejrzewał, że była to instrukcja obsługi konta internetowego.

Z marynarką, która dotąd spoczywała na oparciu fotela, założoną już na jedno ramię, Doktor Podsiadek zamarł w bezruchu i chwilę ważył w myślach, czy lepiej pić kawę w napięciu, zastanawiając się co dalej począć z instrukcją obsługi konta, czy może rzucić się w wir nowego od razu i potem dopiero podsumować poranek zasłużoną kawą. Ręką odzianą w marynarkę, Doktor Podsiadek sięgnął do krawata i lekko poluzował węzeł. Zrobił to machinalnie. Przełknął ślinę. Następnie bardzo powoli, nie spuszczając wzroku z białej kartki pozostawionej przez Administratora Sieci na jego pustym – nie licząc komputera – biurku, zsunął marynarkę spowrotem na oparcie fotela i usiadł. Wbrew sobie postanowił załatwić sprawę od razu. Wpisał na stronie startowej poczty uczelni swój adres e-mailowy:

Doktor.podsiadek@synekura.edu.pl

W skrzynce pocztowej znalazł już 30 nowych wiadomości. Ujrzawszy komunikat o nowej korespondencji, Doktor Podsiadek ponownie wymruczal ciche i nieznaczne „uhum”, podczas gdy zastanawiał się, czy aby nie popełnił błędu spiesząc się do komputera jeszcze przed kawą. Właściwie był już pewien, że tak. Decydując się na kliknięcie przycisku „inbox” dowiódł jednak przed sobą, że nie lęka się nowych technologii. Wiedział, że wniosek ten nie opuści już nigdy jego świadomości i był z siebie prawdziwie dumny. Wiedział też, że właściwie nawet gdyby już nigdy więcej miał nie zajrzeć do skrzynki e-mailowej, to to jedno kliknięcie było jak one wszystkie: ostateczny krok do udowodnienia braku uprzedzenia w stosunku do informatyki.

We właśnie wyczyszczonej przez Administratora Sieci skrzynce pocztowej, Doktor Podsiadek czytał tytuły nowych wiadomości:
- „Update your dick”, „Russian dating site”, „Be a manly man every night”, „Seduct your dreamgirl”, „Principle of traction”, „Make your pants dragon huge”…

Doktor Podsiadek był zdziwiony, że nie dość, że korespondencji przybyło tak szybko, to jeszcze cała z zagranicy. Nie wyłączając komputera i nadal wpatrując się w monitor, nie wstając z krzesła założył marynarkę, przeczesał grzywkę po raz drugi tego dnia i postanowił wyjść do Klubu Profesorskiego. Tylko perspektywa krzepiącej kawy mogła spowodować, że Doktor Podsiadek zebrał się na drugi heroiczny czyn jednego poranka. Zmierzając wyściełanym ciemną wykładziną korytarzem ku windzie, Doktor Podsiadek powiedział nieświadomie na głos:
- Cóż, trzeba będzie wziąć słownik i sprawdzić.

środa, 11 czerwca 2008
Z życia Doktora Podsiadka: Doktor Podsiadek i koniec roku

Doktor Podsiadek sam nie wiedział, jakie konkretnie odczucia wywołuje w nim każdy koniec roku akademickiego. Fakt jednak był taki, że wywoływał zawsze takie same. Coś na kształt konfuzji.

Doktor Podsiadek nie narzekał na konieczność chodzenia do pracy, ponieważ ta dawała mu poczucie godności, wrażenie bycia potrzebnym, zajęcie jako takie oraz pewną możliwość zarobkowania. Z tych wszystkich, pierwsze było najistotniejsze: dzięki chodzeniu do pracy, Doktor Podsiadek czuł się zaspokojony jako człowiek, a jego poczucie bezpieczeństwa wzrastało z każdym nowym dniem.

Jednak nawet on poddawał się nastrojom wywoływanym porami roku, a szczególnie mało odporny był wobec lata. Podobnie, jak większość wykładowców uczelni, w lecie pozwalał sobie na noszenie do krawata koszul z krótkim rękawem – jak udało mu się prawie przypadkiem podsłuchać w Klubie Profesorskim: wbrew protokołowi dyplomatycznemu – oraz otwierał okno zajmowanego przez siebie gabinetu. W lecie zaczynał też spowalniać tempo zajęć, a bywało, że przyłapywał się na tym, że nie wiedział, w którym miejscu kartki skończył czytać studentom wykład.

Dekoncentracja Doktora Podsiadka nie była jednak większa niż średnia uczelni, a i myśli jego krążyły w rejonach najczęściej odwiedzanych przez kadrę naukowo-dydaktyczną. Była to myśl o działce. O działce za miastem, z rzędem ogórków i pomidorów, z małym domkiem – trochę już niewygodnym, ale człowiek się przyzwyczaił – z leżakiem, na którym Doktor Podsiadek w pasiastych slipach i kapelusiku od lat zażywał słonecznych kąpieli.

Myśląc właśnie o działce ruszył spod swojego gabinetu do Klubu Profesorskiego, skinając głową z wystudiowaną niedbałością kolegom i koleżankom wykładowcom. Każdemu skinięciu towarzyszyło zmarszczenie czoła i koncentracja wzroku na czymś niecierpiącym zwłoki w studiowaniu, co znajdowało się na podłodze. W windzie, która spiesznie pokonywała kolejne piętra, Doktor Podsiadek przytknął palec wskazujący prawej dłoni do ust, starając się sobie przypomnieć, o czym miał sobie przypomnieć. Ale nie przypomniał sobie nic, więc wysiadłszy na ostatnim piętrze, skinął głową na powitanie młodszej koleżance i wszedł do Klubu.

W Klubie było wyjątkowo tłoczno, co wzbudziło w Doktorze Podsiadku niezadowolenie manifestowane podniesieniem wzroku znad podłogi i długim studiowaniem sytuacji przy stolikach spod drzwi. Ale nie było co studiować: miejsce wolne było tylko jedno i ku niemu Doktor Podsiadek skierował swoje kroki.

Kroki początkowo pewne i szybkie, w miarę zbliżania się do stolika spowalniające się i skracające tak, że dochodząc do jedynego wolnego w Klubie Profesorskim miejsca, Doktor Podsiadek szedł jak kogut – krótkimi, niepewnymi krokami, w których noga wyprzedzała resztę ciała, podążającego za nią nerwowymi zrywami. Krok zmieniał się wraz z coraz obszerniejszymi strzępami informacji, które dobiegały uszu Doktora Podsiadka, a których niezdarnie udawał, że nie słyszy.

Nie mógł jednak nie słyszeć, ponieważ rozmowa w równym stopniu zaintrygowała go i… przeraziła.

- Tak się jeszcze zastanawiam – mówiła właśnie młodsza z dwóch kobiet zajmujących stolik, ku któremu się zbliżał – jak już rozbiję tę pracę na dwie (ale może na przykład w postaci dwóch części jednej całości), to w pierwszej centralnym zagadnieniem będzie relacja naród – sztuka, a w drugiej stępienie percepcji i upłynnienie standardów oceny sztuki i zjawisk kulturowych w ogóle. I tu zrobię szerokie odniesienie do dwudziestolecia. Nawet przy postulatach modernistycznych jest tam ogromny potencjał krytyki masowości i tego, ona oznacza dla postawy twórczej. “Plebiscyt” Renana, propaganda, sztuka w systemach totalitarnych byłyby łącznikiem.
- Lacan jest bardzo dobry do myślenia. O sztuce też. Nadał by się. – replikowała druga kobieta. Doktor Podsiadek miał podejrzenie, że ją poznał. Pracowała na Wydziale Ekonomii i Zarządzania, w Katedrze Antropologii.
- Nigdy nie przyszło mi do głowy myśleć “Lacan i naród” – kontynuowała – on wydaje mi się bardzo dobry do indywidualnych przypadków, ale to może być ciekawy eksperyment.
- Widziałam wydaną przez Universitas gigantyczną antologię współczesnych esejów o sztuce i eseistyce – wtórowała pierwsza z rozmówczyń. Tej Doktor Podsiadek wcześniej na oczy nie wiedział. Stało się tak za sprawą tego, że nigdy podczas wykładów nie podnosił oczu na studentów. – Może tam znajdę jakieś rozjaśniające teksty.

Konwersacja przy stoliku toczyła się jak mecz ping-ponga grany przez zawodników jednego klubu, z których żaden nie chce meczu skończyć, ponieważ obydwaj znajdują w nim przyjemność. Tylko Doktor Podsiadek czuł się nieswojo, przerzucając wzrok zza dużych drucianych okularów to na jedną, to na drugą rozmówczynię. Coraz szybciej, bo coraz szybciej się komunikowały. Już po chwili napięcie obserwowania doprowadziło Doktora Podsiadka do tego, że siedział na samym skraju fotela, z rękoma złożonymi między kolanami, intensywnie patrząc się to na prawo, to na lewo. Na prawo, na lewo. Na prawo. Na lewo. Rozmowa poczęła zwalniać.

Gdyby ktokolwiek zwrócił uwagę na Doktora Podsiadka – czego jednak nikt nie uczynił – zauważyłby rzucającą się w oczy nagłą zmianę w jego pozie. Jeszcze się nie zdarzyło, by Doktor Podsiadek przypatrywał się komuś z taką ostentacją. A czynił to teraz, ponieważ nie nadążał.

- Zabrudziłam się, jakbym kominy czyściła grzebiąc w dolnym neolicie mojego księgozbioru. Canettiego nie znalazłam – musiał paść ofiarą booknappingu.
- Cóż, trudno. Ale samego Schulza i Witkacego można cytować bez końca. Zastanawiałam się nawet, czy tej drugiej części mojej pracy nie nadać formalnego charakteru duchem z dwudziestolecia. Trudno będzie uniknąć banalnej stylizacji, ale można próbować. Czy ten finał “Oto zadanie sztuki” jest w kontekście treści pretensjonalny pani zdaniem?
- W żadnym razie nie uważam go za pretensjonalny. Raczej za optymistyczny i jakoś młodzieńczy. Optymistycznie.
- No cóż, raz jeszcze dziękuję za revue esprit.

Natychmiast po wypowiedzeniu ostatniego zdania kobieta podniosła się i wartkim krokiem opuściła Klub Profesorski. Doktor Podsiadek siedział chwilę, w stuporze wpatrując się w koleżankę z Katedry Antropologii Wydziału Ekonomii i Zarządzania. Jednak nadal jego natarczywego spojrzenia nikt nie dostrzegał, ponieważ i mgliście rozpoznawana koleżanka, natychmiast po zakończeniu konwersacji oddała się lekturze wielkoformatowej gazety, za którą całkowicie choć niecelowo skryła się przed przeszywającym wzrokiem Doktora Podsiadka.

- Revue spirit – powtórzył Doktor Podsiadek z wolna i starannie, imitując francuski akcent nieswojej rozmówczyni.

Dopiero po dłuższej chwili, Doktor Podsiadek zorientował się, że od blisko kwadransa wpatruje się w ostatnią stronę czytanej przez koleżankę gazety i potrząsnął głową, otrzepując się ze stuporu. Dłonie przesunął na kolana i położył je jak człowiek, który szykuje się do wstania. Powoli rozejrzał się po Klubie Profesorskim, jakby upewniając się co do okoliczności geograficznych swojego pobytu, po czym z wolna wstał. Wstawszy powrócił wzrokiem do koleżanki z Katedry Antropologii, która właśnie mchinalnie sięgała po papierosa, po raz ostatni zmierzył ją pasywnym wzrokiem, okręcił się i równie zdecydowanie, co rozmówczyni koleżanki z Katedry Antropologii, ruszył do wyjścia.

Cudzy krok kopiować potrafił.

wtorek, 20 maja 2008
Doktor Podsiadek spotyka Arlettę

Doktor Podsiadek nie miał emocjonalnego stosunku do dni tygodnia. Obca mu więc była awersja większości ludzi do poniedziałku. Nie był to jednak celowy czy choćby świadomy wysiłek z jego strony. Może nawet nie był to wysiłek w ogóle.

Gdyby zdolny był do prowadzenia obserwacji na ten temat, zauważyłby, jak pusty bywał Klub Profesorski w poniedziałki i piątki. Nawet we wtorki i czwartki był pustszy niż we środy, na które przypadało gros aktywności na uczelni. Ale Doktor Podsiadek na uczelni bywał codziennie i codziennie zjawiał się o mniej więcej tej samej porze: rano. Nie robił tego dla poczucia spełnienia obowiązku, ale w istocie obowiązek ten spełniał i to bez zaangażowania emocjonalnego. A więc i bez cierpienia.

W kontekście obowiązku czy raczej powinności pojmował znaczną część świata – w istocie cały świat z pominięciem jednej słabości, jednego swojego hobby, jakim było kolekcjonowanie przeglądowo-topograficznych, tematycznych map.

Prawdopodobnie z podobnego światopoglądu musiało wyniknąć i to, że swój dyżur naukowy dla studentów ustanowił właśnie na poniedziałek, na godzinę dziewiątą rano. Doktora Podsiadka nie dziwiło, że żadni studenci nie zjawiają  się na dyżurach, ponieważ studenci w ogóle rzadko go zastanawiali. Jako Pełnomocnik ds. ECTS zajmował swój szczelnie wypełniony pustymi, granatowymi segregatorami gabinet codziennie o tej samej porze i oddawał się czynnościom służbowym, a kiedy te zostawały już wyczerpane – także innym.

Najczęściej zanim wyszedł z gabinetu opatrzonego plakietką z jego nazwiskiem by udać się do Klubu Profesorskiego na poranną kawę (czego się nie krępował robić po wielokroć w ciągu dnia i fakt, że nie musiał za nią płacić prawdopodobnie nie pozostawał bez znaczenia), sprawdzał listę obowiązków na dziś, a upewniwszy się, że jest ich niewiele, pogrążał się w lekturze powstających pod jego okiem prac licencjackich.

A było ich dużo, ponieważ uczelnia prowadziła politykę komasowania grup w drugim semestrze pisania pracy, to jest właśnie wówczas, kiedy jakiekolwiek prace do czytania w ogóle się pojawiały. Gdyby Doktor Podsiadek zdolny był do prowadzenia obserwacji na ten temat, zauważyłby, że w ogóle nie zna studentów ze swojego seminarium. Ale Doktora Podsiadka to nie dziwiło, ponieważ studenci rzadko go zastanawiali w ogóle. Postronny obserwator mógłby dodać, że gdyby nawet Doktor Podsiadek uczynił wyjątek w tym podejściu wobec swoich seminarzystów, byłby w nie lada tarapatach, ponieważ ze względu  na ograniczoną liczbę oficjalnych promotorów, seminarzystów miał więcej, niż mógłby spamiętać, zakładając, że by chciał.

W swoim pustym o dziewiątej rano w poniedziałek gabinecie, Doktor Podsiadek korygował prace licencjackie, co stanowiło dla niego rutynę każdego letniego semestru od czasu, kiedy namaszczono go na promotora. Stos prac był mu niemiły nie ze względu na sam fakt istnienia – jak w przypadku wielu innych promotorów – ale dla braku poprawnej, granatowej oprawy. Był to stos oprawny tymczasowo, a więc po prostu zbindowany.

W zbindowanej tymczasowo pracy Doktor Podsiadek pisał właśnie: “tabela na stronie 16 do niczego nie jest potrzebna”, kiedy ktoś zastukał do drzwi. Doktor Podsiadek nie przerwał lektury i choć zauważył pukanie, nie odzywał się. Pukanie do jego drzwi było rzadkością, a mimo to postanowił je zignorować, bo uważał, że tego właśnie wymaga powaga stanowiska, które zajmował jako Pełnomocnik Do Spraw ECTS. Dopiero po drugim pukaniu zareagował:
- Proszę!

Początkowo zamierzał zignorować gościa, ale że trudno było prowadzić choćby szczątkową konwersację bez przynajmniej pobieżnego zapoznania się z fizjonomią rozmówcy, niestarannie rzucił okiem na wchodzącego znad okularów do czytania. Spojrzał przelotnie jak to miał we zwyczaju, by już w ogóle nie raczyć studenta zainteresowaniem przez resztę spotkania. Po czym szybko powrócił wzrokiem nad pracę licencjacką i dopiero po kilku sekundach bodziec wzrokowy dotarł do ośrodka analitycznego w jego głowie. Doktor Podsiadek wyprostował się, zdjął okulary i ponownie – tym razem powoli – zwrócił się w kierunku gościa. Była to kobieta. “Studentka” – powiedziałby Doktor Podsiadek, gdyby zdolny był do wypowiedzenia jakichkolwiek słów w tym momencie, oraz gdyby było do kogo. Był pod jej wrażeniem.
-    Dzień dobry – zaszczebiotała studentka. – Arletta Trusik, miałam przyjść po pracę.

Potem szczebiotała jeszcze wiele rzeczy, wysokim głosem wydobywającym się przez usteczka ściągnięte w dziubek. Kokieteryjnie, z kokieterią niecelową, ale uświadomioną. Jak ktoś, kto kokieterię trenuje od przedszkola i staje się ona częścią jego strategii życiowej na tyle, że przestaje być dla niego zauważalna. Doktor Podsiadek zastanawiał się nawet przez chwilę, jak to możliwe mówić przez taki dziubek, ale chwila ta nie trwała długo, bo wiedział, że czas ma ograniczony, a nie mógł jeszcze nie poczynić innych uwag na temat studentki.

Była mniej więcej jego wzrostu: ani za niska, ani za wysoka. Szczupła, jak one wszystkie teraz. Ale ładniej szczupła niż przeciętna. Była piękną blondynką (Doktorowi Podsiadkowi było zupełnie obojętne, że farbowaną), o dużych, szczerych, zdziwionych, brązowych oczach okolonych palisadą rzęs, którymi sprawnie trzepotała. W bluzeczce odsłaniającej pępek i obcisłych jeansach okolonych szerokim, białym pasem z okrągłymi dziurami wykończonymi metalowymi kółkami. Buty miała wysokie. Na szpilce. Wydatne usta podkreśliła szminką. Na zgięciu łokcia wisiała torebka.

Kiedy ją dostrzegł, coś chwyciło go za gardło. Zmiękczył ton krytyki względem czytanej pracy, która jeszcze śladowo przebiegała mu przez głowę coraz bardziej niewyraźnym nurtem. A potem… uśmiechnął się. Uśmiechnął się po raz pierwszy od lat.

Do Klubu Profesorskiego udawał się tego dnia w szoku i fascynacji. Jego nieobecny wzrok mógłby zdradzić chorobę, ale nie zdradzał, bo nie miał komu. Klub Profesorski był pusty, nie licząc kelnera, który i tak się nie liczył.

piątek, 28 marca 2008
Wielkie malowanie

W naszym bloku mamy tradycję rozpoczynania remontów na dwa tygodnie przed świętami. Szczególnie remontów generalnych, choć i te pomniejsze, jak malowanie klatki schodowej ujdą, kiedy nie ma już do wymieniania rur. Ponieważ spór o wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą nie jest ostatecznie rozstrzygnięty (wspólnota mieszkaniowa, zarządzająca połową bloku definiowaną wybiórczo, tj. niestałą jedną połową, wydaje się uważać za ważniejszą Wielkanoc, a administracja pozostałej niezidefiniowanej geograficznie połowy budynku skłania się do uznania wyższości Bożego Narodzenia), pomniejsze remonciki często nachodzą nas przed obydwoma ważnymi świętami.

Tak jak teraz, kiedy klatka schodowa spływa cała w białym kurzu szlifowanych wielu warstw nigdy nie zrywanej farby. Od roku 1968 – czasu oddania do użytku i zasiedlenia bloku – do dnia dzisiejszego, klatkę schodową pokryło wiele warstw farby, choć nie tak wiele i nie z taką częstotliwością, jakby życzyli sobie tego mieszkańcy. Niemniej, kładąc kolejne warstwy, nigdy do tej pory nie starano się o usunięcie poprzednich, czy choćby wyrównanie powierzchni malowanej. Dopiero teraz.

Dopiero teraz pojawiła się ekipa kilku panów, z nieodłącznym papierosem w zębach, w drelichach, pętających się po bloku z przyrządami substytuującymi zachowanie świadczące o zaangażowaniu panów w pracę, czyli z kielniami, szpahelkami i wiadrami mazi mającej przynosić na myśl zaprawę murarską, czy może cement. Jeden jednak faktycznie pracuje i to on wytwarza cały ten różnokolorowy, ale szczególnie biały pył, który pokrył już absolutnie wszystko, włącznie z wnętrznościami zamków u drzwi.

Maszyna pana pracującego wygląda jak szlifierka na papier ścierny, podłączona do przemysłowego odkurzacza do samochodu. Hałasuje potwornie, a pan operator przerywa szlifowanie ścian za każdym razem, kiedy ktoś chce użyć schodów w celu zejścia lub wejścia, pozwalając, by cały właśnie wyprodukowany przez niego pył spokojnie osiadł na przechodzącym. Miło się przy tym uśmiecha zza papierosa chyba na stałe zamocowanego w zębach, co – nie powiem – stanowi pewną atrakcję (nie mylić z atrakcyjnością).

Z pozostałych jeszcze jeden zwrócił sobą uwagę – ten ze szczotką. Przynajmniej uwagę naszej sąsiadki, która uznała za stosowne zwrócić się do niego z pytaniem:
- Przepraszam, a kiedy będziecie panowie sprzątali tutaj?
Bo sąsiadka chciała już powoli zacząć porządkowanie w domu, a tu tymczasem wszędzie wciska się ten pył. I w ogóle nanosi się z klatki schodowej i nie ma jak utrzymać ładu w domu. Rozumiem ją – w końcu do świąt pozostały niecałe dwa tygodnie.

I ten ze szczotką, w drelichu, bez papierosa, ten co kręcił się prawie cały dzień nie ze szpahelką, jak większość z nich, tylko z tą szczotką, ten, co cały dzień rozmazywał pył wytwarzany przez tamtego z odkurzaczem i szlifierką, stał właśnie nad kupką co większych kawałków odpadniętych ze ściany prawie starannie zamiecionych do kącika, zalany namazanymi przez siebie falami białości rozcieńczonej wodą i rozsmarowanej po całym bloku, co dawało efekt identyczny z powstającym na szkolnej tablicy czyszczonej od pięciu lat nie wypraną ścierą i rozbrajająco, ale z powagą i bez kokieterii odparł:
- Tu już jest czysto.

sobota, 19 stycznia 2008
Wigro i Prezydent

- Wie pani, ja to się nawet zastanawiałem, co on robi, jak nas nie ma w domu – zwierzył się pan od pięknego, czteromiesięcznego ogara.

O tym, że to będzie ogar, zadecydowali z żoną wspólnie, niedawno, zaraz po tym jak ona już dziesięć lat suszyła mu głowę o psa.
- Bo wie pani, żona chodzi na grzyby, ja na ryby, no to wzięliśmy sobie ogara. Taki pies grzybno-rybny – mówił powoli, ze zrozumieniem dla psa i cierpliwością do ludzi w głosie.
- A że wnuków jakoś nie ma, to mamy jego.

- No i zastanawiałem się, co on robi, jak nas nie ma w domu. Kiedyś wróciłem z delegacji w środku nocy. On mnie nie słyszał. Obudzilem się gdzieś koło dwunastej, leżę w łóżku i nasłuchuję. I nic się nie dzieje. Spał. Potem kwaknął dwa razy Prezydentem i dalej spał. Wie pani, taką gumową kaczkę ma.

Zenon i SMSy

Oddalony od Tomasza o wiele kilometrów Zenon po częstokroć oddawał się melanholii za czasami, kiedy razem wpadali do „Acapulco” przy Patagońskiej. Tomasza nie było pod ręką, a Zenon miał na niego wyjątkowe zapotrzebowanie – szykował się do batalii i potrzebował rąk do pracy.

Tomasz jednak nie mógł przyjechać, ponieważ w określonym terminie miał być zajęty swoim projektem. Po przeprowadzaeniu starannych studiów w internecie, Tomasz doszedł do przekonania, że jest jeszcze jeden sposób zarobienia, którego nie próbował, a koniecznie powinien. Zgłosił się więc do wirtualnego turnieju „fake golf”, który polegał na tym, że każdy z uczestników, po wpłaceniu stawki, budował swój wirtualny zespół rzeczywistych golfistów. Jeśli wytypowany  przez Tomasza zespół zdobyłby najwięcej punktów grając w prawdziwych turniejach, Tomasz wygrywał całą stawkę postawioną przez wszystkich, którzy zapisali się do „fake golf”. I tego dnia wypadał termin zgłaszania zespołów.

W rozmowie telefonicznej Zenon pozwolił sobie na nieśmiałe zauważenie dosyć oczywistego:
- Tomasz, ale ty przecież nie znasz się na golfie…? – zawiesił głos wyczekująco.
Ale długo nie trzeba było czekać, ponieważ Tomasz był dobrze przygotowany do odpierania ataków niedowiarków względem jego ostatecznego zwycięstwa. W końcu spotkał ich w życiu niemało. Pospieszył więc z natychmiastową odpowiedzią:
- No właśnie. No właśnie.
A dopiero po chwili dodał wyjaśniająco:
- I to jest moja metoda.

Tego krytycznego wieczora, Zenon zdany był więc tylko i wyłącznie na siebie.
- “4” na 7326
- “4” na 7326
- “4” na 7326 – palce Zenona szybko przebierały po kalwiaturze komputera.
- “4” na 7326 – SMSy leciały w wirtualną przestrzeń jak strzały.
- “4” na 7326 – Zenon w pełnej koncentracji, z laptopem na kolanach mechanicznie już wygrywał szybkie staccato SMSów.

Palce powoli odmawiały posłuszeństwa i Zenon nie po raz pierwszy tego wieczora pożałował, że nie ma z nim Tomasza. Druga para rąk do wystukiwania „4” w darmowych SMSach na numer 7326 byłaby na wagę złota. Zenon zawsze miał to przekonanie, ale stawało się ono szczególnie silne teraz, kiedy na parkiecie stały ledwie trzy ostatnie pary konkursu tańca. Trzy pary w niewłaściwej kombinacji, jedna z nich miała odpaść, a Zenon wiedział, że wielkie na to szanse ma nie ta, co trzeba.

Zenon nigdy nie brał udziału w głosowaniu SMSowym. Nie wierzył w głosowania. Nigdy też nie dzwonił do telewizji czy radia. Nie posyłał nakrętek od soków na losowanie samochodu. Nie kupował zdrapek. Nie podawał prawidłowego hasła po rozwiązaniu krzyżówki. Jeśli tylko mógł, nie robił z siebie głupka. Teraz zdecydował się na udział po raz pierwszy, ponieważ widział, do czego zmierza konkurs tańca w telewizji.

Widział nie tylko po tym, kto z konkursu odpadał do tej pory, ale i dlatego, że po raz pierwszy stacja telewizyjna zdecydowała się ujawnić procentowe poparcie dla tańczących w trakcie głosowania i fizycznie widać je było na ekranach telewizorów w postaci słupków wykresów. I może właśnie dlatego, że widać było procentowe poparcie odwzorowane w słupkach, Zenon wpadł w szał – wpadał w szał coraz większy wraz ze wzrostem słupka z poparciem nie dla tego, komu się należało.

Zenon głęboko wierzył w sprawiedliwość i kiedy tylko mógł, na swoją małą skalę, nieznacznie prostował rzeczywistość do wyimaginowanego obrazka dobrego świata. Teraz nie wytrzymał, ponieważ jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników widział, że odpaść miał nie ten, kto na to zasługiwał!
- „4” na 7326 – wystukał ponownie, tak szybko i tak lekko, że prawie nie dotykając klawiatury.

Spodziewając się zresztą takiego obrotu wydarzeń, przygotował się do tego wieczora starannie. Dwa dni wcześniej założył konta z przydziałem darmowych SMSów na serwerach wszystkich możliwych operatorów telefonicznych. Nawet za granicą. W dobrze przemyślnej strategii wzięcia udziału w głosowaniu po raz pierwszy w życiu, zapewnił sobie dosłownie setki darmowych SMSów. Obmyślał to od dawna – jak spowodować, żeby do tańczącego finału przeszli ci, którzy byli najlepsi. Tłumaczył sobie, że nie o sprawiedliwość tu chodziło (wówczas byłby pomyślał o sobie, że jest naiwny i poddał się od razu), ale o to, że programu telewizyjnego miał już dość i ludzkiej zawiści i – najbardziej – patrzenia na nieudolne próby wytańczenia jakiejkolwiek melodii przez parę, która tego nie potrafiła, choć raz za razem otrzymywała niezasłużoną szansę.

Widząc po raz kolejny słupki z procentowymi wynikami głosowania, rozgrzany do czerwoności Zenon myślał tylko jedno:”NIEEEEEEEEE………..” i przyspieszył stukanie w klawiaturę i klikanie „wyślij”. Postronnemu obserwatorowi mogłoby przyjść do głowy podobieństwo Zenona w szale ślącego SMSy do postaci z kreskówek, których widać jednocześnie trzy – każda w innej sekwencji tego samego ruchu.

Ale postronnego obserwatora nie było, ponieważ Zenon nie dał rady zapewnienić sobie dodatkowej pary rąk do pracy na ten wieczór, a nawet gdyby Tomasz przyszedł, Zenon dopilnowałby z całą pewnością, by nie był wyłącznie obserwatorem i z pewnością nie postronnym.

- Najnowsze wyniki Państwa głosowania pokazują, że największym poparciem nadal scieszy się para numer 17 i to ona przejdzie do finału – opanowany głos prezentera popłynął z głośnika telewizora ku wielkiej jak Pałac Kultury irytacji Zenona. Jednocześnie wszyscy widzowie mogli zobaczyć w telewizorach, jak procenty stukają na korzyść pary, która przed chwilą nieudolnie dowalcowala się od końca melodii.
- No nie mogę! Nie mogę, nie mogę, nie mogę! – poniosło Zenona w chwili ogłoszenia ostatecznych wyników, ku jego samego wielkiemu zaskoczeniu. Ta reakcja to był impuls. Jednak zanim zdążył zdać sobie z tego sprawę, wyskoczył z kanapy i wyłączył telewizor z głębokim postanowieniem że raz na zawsze rzucił ten program.

Potem pomyślał – najpierw źle, z potem już nieco neutralniej – o nieprzybyłym Tomaszu i przeszło mu przez myśl:
- Hobby może być. Ale hazard to nie dla mnie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12